środa, 11 czerwca 2014

Green gold

Kilka ostatnich zdjęć mojej norki :)



Koszula - Zara - ubiegłoroczna wyprzedaż
Rurki - Zara - mają 3-4 lata
Koturny - Aldo - również 3-4
Kopertówka - Mohito - 2 lata
Naszyjnik - S.Oliver - 4-5 lat
Bransoletki - Ebay - 4-5 lat



POSH

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Przemyslenia ad EKOlogii...

Jako, że uczę się w innym mieście niż mieszkam, dość często przypada mi nocowanie w różnych hotelach...
Po zajęciach się nudzę, ale jestem zbyt zmęczona na zwiedzanie, więc siłą rzeczy badam i obserwuję swój przydziałowy pokój. Zaglądam w zakamarki, macam tapetę, gapię się w sufit, albo... oglądam żarówki. I o tym ostatnim chciałabym napisać, bo pewnej prawidłowości nie rozumiem. Sześć źródeł światła w pokoju, pokoi takich w hotelu kilkaset, a zużycie i rachunki za prąd, jak mniemam, gigantyczne. I co widzę? Łazienkowy sufit cały usiany halogenami, tak jak i przedpokój. W kinkietach PRLowskie, szklane "setki", w lampkach nocnych również. Nawet ta przy biurku nie jest ledowa. Ilu ludzi w skali globalnej nocuje dziennie w hotelach? Jakie zużycie prądu na dobę mają wszystkie hotele w Polsce? Nigdzie nie ma takich danych...
A w końcu, czy im się to opłaca?
Polacy prywatnie od lat używają energooszczędnych żarówek, które mają o 90% niższe zużycie energii i wystarczają na lata, a kosztują kilkanaście złotych zamiast 2zł za zwykłą żarówkę. Notabene taka właśnie wybuchła mi w łazience i nie mam czym wykręcić metalowej oprawki, która została w lampie... Co prawda w krajach "bardziej rozwiniętych", tego typu oświetlenie jest dofinansowywane i np w UK można kupić energooszczędne źródła światła za grosze, jednak myślę, że zakup nawet w polskich cenach, zwraca się po 2-3 tygodniach użytkowania.
Halogeny możemy zastąpić żarówkami z oznaczeniem GU10, które nie potrzebują transformatora i można je wkręcić do zwykłej lampy. 5 Watt zamiast 50?

Brzmi dobrze dla portfela, o środowisku nie wspominając.

Jest też trzecia opcja, przystosowane lampy ledowe, których cena nie różni się od ceny zwykłych lamp. Ekologia, w każdej postaci jest tania, zdrowa i przynosi same korzyści. Dlaczego więc te miejsca, gdzie energię zużywa się hurtowo, są takie nieprzyjazne środowisku? Być może nie mam pojęcia o pewnych układach i układzikach, ale dla mnie, jako szarego człowieczka, takie działania są co najmniej nielogiczne...





Już w ogóle pomijam te nierealne marzenia, by właściciele sieciowych hoteli wydali gigantyczne oszczędności wynikające z zastosowania ekologicznych źródeł światła na wsparcie różnych fundacji...

Ale można by? Można... Dlaczego więc, w naszym niby najszybciej rozwijającym się kraju w Europie (sic!) nie ma regulacji prawnej, ani przepisu nakazującego rynkowym gigantom zastosowania tanich, ekologicznych rozwiązań? Mimo faktu, że w każdej hotelowej łazience jest karteczka, która zaczyna się od słów "W trosce o nasze środowisko prosimy..."

POSH

sobota, 31 maja 2014

Weekend

Bardzo lubię czuć, że w pełni wykorzystuję swój czas.
Bardzo lubię się też lenić, odpoczywać, relaksować, albo oddawać mało ambitnym pracom domowym.
Bardzo lubię czytać, jednak wówczas mam poczucie, że zawalam wszystko inne. Do książki więc zasiadam po uprzednim przysłowiowym wyczyszczeniu kibla szczoteczką do zębów, kiedy na podłodze nie ma już ani jednego psiego włoska, a połysk zlewozmywaka mówi, że ten właśnie został przywieziony ze sklepu. Z tego powodu nie za wiele ostatnio czytałam, bo i mieszkanie moje dalekie jest od ideału.

 Rozpoczęliśmy okres linienia, a na "dom tymczasowy" przyjechała do mnie Lexi... Lexi śmierdząca jak skunks i wnioskując po obecnym kolorze mojego, niegdyś białego dywanu, nie do końca wykąpana. Lex ma osiem lat i chyba nigdy nie miała domu. Psy w schronisku odgryzły jej ucho, a złe odżywianie sprawiło, że cały brzuszek jest łysy. Kiedyś musiała być ładnym owczarkiem. Dziś jest babcią po przejściach. Bardzo zagubioną i zupełnie nie rozumiejącą idei spacerów. Pracujemy więc nad jej wyglądem i manierami, by mogła mieć na stałe swojego człowieka. Dziś będziemy też pracować nad zapachem...

Wracając do tematu... Odkryłam może Amerykę w konserwie, ale jakiś przypadkowy newsletter, którego nigdy zresztą nie zamawiałam, polecił mi kilka książek, które muszę przeczytać, w formie audiobooków (nawet nie chcę myśleć, skąd wiedzieli, co leży u mnie na półce z napisem "muszę"). Zachęciła mnie myśl, że to przecież "przeczyta się samo" i fakt, że dostawa jest natychmiast po dokonaniu płatności, na moją skrzynkę mailową. Moja trenerka wspominała, że słucha audiobooków w aucie, podróżując i nie wiele mi było trzeba, by wyobrazić sobie tę multizadaniowość - sprzątam i czytam, pracuję i czytam, jadę i czytam, jestem w parku z psami i .. czytam. Czytam nie poświęcając nawet minuty na czytanie! Kliknęłam na próbę i "przeczytałam" jedną z książek w ciągu dnia, kiedy tymczasem moja fizyczna powłoka zajmowała się precyzyjnym sprzątaniem kuchni. Drugiego dnia znów "czytałam" pucując mieszkanie. Trzeciego "czytałam" robiąc obiad i pracując przy komputerze. Z badań wynika, że zapamiętujemy 30% tego, co widzimy i 20% z tego, co słyszymy, 50% z tego co widzimy i słyszymy i aż 90% z tego co robimy. Też uważam, że więcej szczegółów zapamiętuję bacznie obserwując literki na papierze, jednak "czytając" audiobooka... zawsze mogę go sobie powtórzyć, nawet kilka razy i wcale nie muszę mieć na to czasu.
Wysłałam książki M. i ten "czytał" chodząc po górach w Szwajcarii.
Tym oto sposobem "przeczytałam" i wstępnie przerobiłam materiał z trzech pozycji tylko w tym tygodniu. A zostało jeszcze półtora dnia i czwarty audiobook.

Bardzo chciałam się tym z Wami podzielić, choć może nie jest to żadnym odkryciem. Dla mnie jest ogromnym. Nie mam już poczucia, że czas ucieka mi przez palce, a odpoczynek jest czymś złym - lenistwem. Teraz relaks i nauka są możliwe jednocześnie. Mogę poznawać Junga oddając się wielogodzinnemu manicurowi :) Przy robieniu paznokci nawet psychoanaliza może być przyjemna... Przynajmniej taką mam nadzieję, choć Freuda nie trawię.

Zatem w tym tygodniu przeczytane zostały:
Filozofia Kaizen - Mauera
Coaching Tao - Bennewicza
Coaching, czyli restauracja osobowości - również Bennewicza

Do pierwszej i trzeciej pozycji wrócę jeszcze nie raz. Druga jakoś mi nie podeszła, choć ma niewątpliwie kilka wartościowych wątków.





Wracamy więc do tematyki bloga i projektu "moda z dna szafy" ;)
Ot, weekendowo.

Torebka - New Look (ma 3 lata jak nic)
Biała koszula - Pull&Bear (też ze 3 lata)
Rurki - Zara (rok, półtora)
Koturny - Aldo (ok 3 lat)
Naszyjnik - S.Oliver (4 lata)
Kapelusz - H&M Man (2-3 lata)





Weekend - MODNAPOLKA.pl

POSH

sobota, 24 maja 2014

White & Gold

Nie lubię upałów w mieście... nie żebym narzekała na pogodę, ale mój organizm przy temperaturze w pomieszczeniu 26-28 stopni wyciąga mi wtyczkę i muszę się zdrzemnąć. Tak więc zakopałam się pod kołdrę, która przy takiej pogodzie całkiem dobrze izoluje od gorącego powietrza. Udało mi się zasnąć może na dwie minuty i obudził mnie telefon: "Witam, z tej strony Jan Kowalski z firmy takiej, a takiej, fundacja coś tam, czy rozmawiam z Panią Pauliną?" Już klęłam, że facet chce mi coś sprzedać i zamierzałam się rozłączyć, ale gość nawijał z prędkością karabinu maszynowego dalej... "Dzwonię w sprawie Pani podania o dofinansowanie Kursu Trenerskiego. Komisja zebrała się jeszcze raz i postanowiliśmy zwiększyć kwotę dofinansowania do X zł, a resztę rozłożyć na 3 raty, płatne w ciągu sześciu miesięcy." I pomyśleć, że prawie faceta zwyzywałam, że mnie budzi i chce coś sprzedać... Oczywiście z drzemki nici, ale poczułam się bardzo dowartościowana, jako, że wnioski oceniano również na podstawie CV, a to ostatnie w moim mniemaniu bardzo u mnie kuleje.

Czerwiec będzie zatem pracowity, choć przynajmniej to szkolenie jest w Łodzi. Za to moje zajęcia będą rozerwane pomiędzy Wrocławiem i Gdańskiem. Marzyło mi się seminarium T. Harva Eckera, Umysł Milionera, ale niestety muszę kupić jeszcze drzwi wejściowe do mieszkania...


Wracając do kontynuowania mojego wczorajszego projektu...
Koszula - Zara, wyprzedaż sprzed dwóch sezonów
Rurki - Zara, mają spokojnie kilka lat
Koturny - ALDO, ok 3 lat
Pasek - ASOS, 2-3 lata
Kopertówka - Mohito, 2 lata
Naszyjnik - H&M, 2 lata
Bransoletki - H&M, te są akurat nowe





Stylizacja: White&Gold POSH

piątek, 23 maja 2014

Last Friday NIght

Są dwie opcje - jestem mistrzem dezorganizacji, albo nie umiem ocenić własnych sił...
Efekt jest taki, że nie wiem jak się nazywam.
Post miał być dzisiaj, tak do południa. Nie zdążyłam, bo od wczorajszej nocy szukałam domków dla tych małych glutków :) Fasolki są wstępnie zarezerwowane, ale jeszcze wszystko się może zdarzyć, więc jeśli ktoś z Was myśli o długowłosym owczarku niemieckim w typie work (bez spadzistego zadu), to wiecie, jak mnie znaleźć.





Przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Sama nie wiem, komu - mnie, czy Wam ma on bardziej służyć, ale do rzeczy... Staram się jak mogę opierać konsumpcjonizmowi i swojemu "małemu problemowi" z zakupoholizmem. Nie znoszę nagonki z kolorowych pism "Musisz to mieć: Najmodniejsze w tym sezonie buty, spodnie, kapelusze, okulary, sukienki, naszyjniki."

Nie musisz... W modzie od dawna nie wymyślono prawie nic nowego. Ot co sezon wyciąga się jakiś inny, chwilowo zapomniany krój, materiał i lansuje od nowa.

Nie ważne, że poszerzą w biodrach i skrócą ci nogi, to must have tego sezonu! 

Najlepszym dowodem na to, że kobiety coraz częściej gwiżdżą na to, co pokazuje im Elle, In Style czy Hot Moda, są zdjęcia zestawów sprzed lat, które wciąż krążą po sieci budząc nieustanny zachwyt. Ja w tym roku kupiłam tylko morelowe bikini z górą tworzącą cuda ;), dwie dość klasyczne koszule z wyprzedaży ubiegłorocznej kolekcji w Zarze, wielkiego, miętowego shoppera, kilka sznurkowych bransoletek i słodki, różowy portfel TOUS, który był dawno wymarzonym ideałem żyjącym w mojej głowie. A przepraszam, jeszcze trzy monochromatyczne t-shirty (biały, czarny i szary). Po przeprowadzce odkrywam na nowo ubrania, które spały na dnie szafy i myślę sobie - są świetne!
Nie pomyślcie, że namawiam Was do nudy, bo od tego jestem daleka. Mówię tylko, że jeśli osiągniemy już świadomość tego, co nam służy, a co nie i w czym czujemy się dobrze, to szafa w pewnym momencie jest kompletna i nie ma sensu dokupywać wciąż więcej i więcej. Coś, co nam wpadnie w oko w danym sezonie, jak najbardziej, ale dwie, trzy rzeczy, a nie wszystko hurtem.
Dobrze zestawione ciuchy nigdy nie będą "niemodne". Nie odkryję Ameryki mówiąc, że nie warto inwestować w jednosezonowy trend, chyba, że macie w sobie na tyle "siły" by ten trend kontynuować w kolejnych sezonach, bo dlaczego nie? Tak tworzyła się moda!

Do czego zmierzam? 
Chcę przez najbliższy czas pokazać sobie i Wam, że można stworzyć wiele z tego, co 
a) już się ma
b) wcale nie pochodzi z najnowszych kolekcji.




W poniższym zestawie najnowsza rzecz ma 2 lata i jest to t-shirt z H&M.
Żakiet z Mohito ma 3-4 lata.
Koturny Aldo - ok 3 lat.
Spódniczka Stradivarius - ok 4-5 lat.
Torebka Chanel - jej wieku nie znają nawet najstarsi górale




Stylizacja: Last Friday Night POSH

wtorek, 29 kwietnia 2014

Nigdy w Życiu

Pewien znany i bardzo ceniony psycholog, i psychiatra zarazem Tadeusz Stelmaszczyk, opowiedział mi kiedyś o "Syndromie Pań z dziekanatu", który jest niczym innym, jak Młotem na hejterów. Polecam też obejrzeć na Youtube inny "młot", pod tytułem "Co mówią hejterzy" autorstwa chłopaków z AbstrachujeTV, który nie przerysowując, oddaje sedno sprawy.

Od momentu rozmowy z moim ówczesnym mentorem na wpisy od "Anonimowych" patrzyłam z uśmiechem politowania, ale dzisiejszy komentarz zainspirował mnie do napisania kilku zdań... (Mam problem z odpisywaniem na komentarze z uwagi na żenujące łącze internetowe, ale obiecuję Wam odpisać, bo kilka wpisów podbiło moje serducho :) )

Pozwolicie, że zacytuję Anonimkę, która natchnęła mnie do dzisiejszego wpisu:
"A nie jest tą księżniczką? Kogo stać na takie życie ile masz koleżanek która mieszkają same i same się utrzymują i jeszcze mają na poprawianie urody?
Czytałaś post Keep Smiling, jej się nie mogło mieścić w głowie że zamieszka kiedyś w małym mieszkaniu? O czym to świadczy? Na pewno nie o tym że znała takie życie.
Sądzisz że skąd ma kasę na nowe mieszkanie, jakieś studia mimo podobnież skończonych innych, własne auto, zakupy, zabiegi w klinikach, utrzymanie zwierząt ? z fotomodelingu? no błagam, nawet nie jest na tym poziomie co Monika Gocman, Pietrasińska, Siwiec, Sikorska itd. Nie ma szans aby się z tego mogła utrzymać. Nigdzie nie widać jej twarzy. Albo rodzice jej pomagają finansowo ( dali/dają kasę na 90% tego + jakiś odziedziczony majątek ) albo ma zajebistą robotę inną niż pisała. Bo w bycie modelką nie uwierzę. "



Nie bardzo wiem, czy powinnam pominąć ten drobny fakt, że co najmniej dwie z wymienionych fotomodelek wyszły za mąż za milionerów, synów posłów, czy senatorów i to stało się ich głównym, jeśli nie jedynym, źródłem utrzymania. Pozostałych dwóch nie znam osobiście, jednak nie o tym chciałam napisać...


Wychowywałam się trochę u babci w mieszkaniu, trochę na górskiej wsi z prawdziwym gospodarstwem i przyjemnością jazdy na leniwych, wielkich, włochatych baranach oraz dojeniu kozy, trochę u rodziców w domu z ogrodem i kilkoma psami. Nigdy wcześniej nie mieszkałam w kawalerce, a jednak teraz świadomie właśnie takie mieszkanie wybrałam. Dlaczego? Bo można "mieć pieniądze, albo wydawać pieniądze". Inwestując w nasz Dream House nie przeliczyliśmy sił na zamiary. Wydaliśmy pieniądze, by później okazało się, że ich nagle nie mamy. Kredyt rósł, zamiast maleć, a wykończenie, które wzięłam na siebie, zrobiliśmy tak źle, jak tylko można. To było moje i Łukasza pierwsze, własne mieszkanie, więc wszystko kupiliśmy z górnej półki. Błąd, duży błąd, którego już nigdy nie popełnię. Pieniędzy włożonych w urządzenie i remont nie było ani trochę widać. Tak jak pisałam, meble za 25tys i te za 400zł nie różnią się wyglądem. Techniczne bajery wcale, jak się okazało, nie ułatwiają życia, za to owszem, psują się w najmniej oczekiwanym momencie. Bardzo się cieszę jednak, że mogłam tego w życiu doświadczyć, bo już wiem, że pewne rzeczy są mi całkowicie zbędne.
Małe mieszkanie, to malutkie opłaty, a w dzisiejszej sytuacji zdecydowanie wolę kupić drogie podręczniki, markową torebkę, czy zabrać psa na komplet szkoleń, niż co miesiąc płacić "haracz" za metraż podłogi, którą trzeba umyć.

Czy byłam "księżniczką"? Oj tak. Kiedy zaczęłam zarabiać łatwe i duże pieniądze, szybko dostałam syndromu nowobogackiej. Jednocześnie podobało mi się to i z tego samego powodu byłam niezadowolona, bo czułam, że się rozpaskudziłam. Kredyt wzrósł o 1000zł miesięcznie, ja po zrobieniu sobie tatuażu straciłam większość angaży, choć zdawałam sobie doskonale sprawę, że tak właśnie będzie. Łukasz stracił stałą pracę w Polsce, a później tę zdalną w Londynie. W skarbonce zaczynało być widać dno, a my byliśmy w czarnej dupie. Moja nowa firma z Designerskimi Meblami, które robiłam własnoręcznie wymagała nakładów na reklamę, a dofinansowania unijne były na dany rok wyczerpane.
To był jeszcze okres, w którym niezbyt wiele wiedziałam o samej sobie. Koniec frywolnego życia oznaczał dla mnie koniec wszystkiego. Wiedziałam już, że wyjazdy na zakupy w Londynie są tak samo przereklamowane jak drogie meble i pięciogwiazdkowe hotele, ale to nadal była wiedza szczątkowa. Wiedziałam też, że Wiedeń śmierdzi niemal identycznie jak Wenecja, a ubrania, ile by nie kosztowały, kupione pod wpływem impulsu, w końcu wylądują na dnie szafy, kompletnie zapomniane. Rok 2013 zabrał mi wszystko co miałam - rodzinę, miłość, stabilizację, pieniądze, dom, całą moją "strefę bezpieczeństwa", z której nie lubiłam się ruszać. I kiedy ta strefa znika, kiedy nie masz się gdzie schować i dokąd uciec.. możesz wszystko. Strach się rozwiewa.

Zaszyłam się na kilka miesięcy i zaczęłam czytać - każdy poradnik dotyczący Zen, Tao, coachingu, psychologii, samorozwoju, psychologii reklamy, konsumenckiego świata zachodu, który wpadł mi w ręce. Siedziałam w pokoiku na piętrze u rodziców w środku lasu i czytałam szukając siebie. Skupowałam książki na Allegro, gdzie ludzie często sprzedawali je za pół ceny, bo od kogoś dostali lub po prostu z antykwariatów. Dotarcie do miejsca, w którym znajduję się teraz zajęło mi pół roku i muszę przyznać, że przez ten czas rozwinęłam się bardziej niż przez całe swoje życie.

Miałam plan na innowacyjny biznes internetowy, potrzebę dalszego rozwoju i chęć pomagania innym. Znalazłam mieszkanie, którego nikt nie chciał wziąć z racji opłakanego stanu, w jakim było. Syf, brud, smród i robaki w komplecie. Na mieszkanie wzięłam kredyt, choć muszę przyznać, że było bardzo tanie. Nie miałam grosza przy duszy poza paroma drobniakami. Słownie miałam w kieszeni z 1500zł. Przychodziłam nieraz do tego swojego grajdołka, siadałam na wiadrze z farbą i płakałam z bezradności. Musiałam zrobić remont sama. Nie miałam pojęcia od czego zacząć. Pomalowałam ściany, ale brud nieubłaganie za każdą warstwą wychodził spod spodu. W końcu jedna ściana odpadła aż do płyty. Skrzyknęłam kilku znajomych i weszliśmy tu razem. Pomogli, ale ile można było zrobić w weekend. Znów zostałam sama, aż do momentu, kiedy nie odezwał się do mnie kumpel z czasów licealnych. Przez dwa tygodnie przyjeżdżał po pracy na dwie godziny i pomagał, a przede wszystkim uczył mnie robót budowlanych. Wkrótce wyjechał do Szkocji, ale ja już byłam obeznana w kuciu ścian, tynkowaniu, rwaniu boazerii i gładziach. Przyszło do mnie z pomocą w najcięższych pracach, vide kucie, paru kolegów, a gładzie nauczyłam się kłaść idealnie. Ba! Nawet mi się to podobało. Tak bardzo, że zamiast kawałka kuchni pociągnęłam całe mieszkanie łącznie z sufitami. Wracałam do domu spać i nie wiedziałam jak się nazywam. Często kładłam się z białymi od pyłu włosami, bo nie miałam nawet siły się umyć. W międzyczasie szukałam studiów podyplomowych z coachingu, bo czułam, że muszę pociągnąć ten temat dalej. Nie było tak łatwo - pierwsza szkoła mnie odrzuciła, ale szukałam dalej. Czułam, że jest to coś, co muszę zrobić. W końcu się dostałam, do Wrocławia.
Mimo, że coś szło do przodu, nadal potrafiłam przyjść "do siebie", usiąść bezradnie w środku tego remontowego syfu i ugiąć się pod ciężarem rzeczywistości. Remont się ciągnął, a mój miesięczny nakład finansowy nie pozwalał na wynajęcie ekipy. W pewnym monecie okazało się, że sama nie jestem w stanie więcej zrobić. Fartem, w tym samym czasie moja mama wymyśliła, że mamy starego przyjaciela rodziny, który zajmuje się remontami. Przyjechał, wymienił mi wannę i toaletę. W sklepie podpatrzyłam, jak tnie się wykładziny, więc następnego dnia zaopatrzyłam się w odpowiedni nóż i podłoga w kuchni i łazience była gotowa. M. pomógł mi z malowaniem, kiedy tylko się poznaliśmy, ale nie mieszkając na stałe w Polsce, niewiele mógł zrobić. Meble skręcałam na gwałt, na wczoraj ze znajomym prawnikiem (ciekawe, czy to podniosło ich wartość :D), a kuchnię i wiercenie, którego się bałam, załatwił M. podczas kolejnego przyjazdu do Polski.

Szkołę mogłam opłacić dzięki pieniądzom z wynajmu naszego Dream House. Wszystko szło dobrze. Koszta remontu były niewielkie, bo większość rzeczy robiłam sama, a koledzy pomagali za darmo.

Tylko wciąż czegoś mi brakowało. Może jakiegoś większego sensu, celu w życiu? Myślę, że kobietom, które mają dzieci jest się łatwiej rozstać. Mają kogo kochać, kim się opiekować... a ja nie miałam kotwicy. Byłam tak wolna, że aż czułam bezsens. Musiałam znaleźć ukochane hobby, najlepiej żywe, takie, które można przytulić.
Znalazłam go w ogłoszeniu na Facebooku. Był idealny. Najpiękniejszy Owczarek Niemiecki, jakiego w życiu widziałam. Porzucony gdzieś na działkach, dziś mieszkał w schroniskowym kojcu z drugim psem. Grzeczny, spokojny i bardzo zagubiony. Jeśli można pokochać psa widząc jego oczy na zdjęciu, to tak właśnie się stało. Przejechałam po niego pół Polski i przelałam na futrzaka wszystkie swoje ciepłe emocje i potrzeby opiekowania się jakimś żywym stworzonkiem. Był koszmarnie chudy i miał biegunki, ale w schroniskowej rzeczywistości to normalne. Jak się niestety okazało, nie w jego przypadku. Larson był bardzo chory, a operacje wyniosły ponad 3,5tys zł. I znów byłam w czarnej dupie. Mieszkanie wymagało jeszcze nakładów finansowych, szkoła ciągnęła ze mnie miesięcznie za dużo, a kliniki weterynaryjne wołały spłaty rachunków. Skontaktowałam się z ludźmi, z którymi już pracowałam i dostałam pieniądze za sesję z góry. Jedna z psich fundacji udostępniła mi konto do zbiórki pieniędzy na długi Larrego, zorganizowaliśmy tzw bazarek. Kiedy uspokoiłam się finansowo, pozostał strach, że on tego nie przeżyje. Właściwie tyle złego mi się już wydarzyło w tak krótkim okresie czasu, że byłam pewna, iż i on mnie opuści, tym bardziej, że rokowania nie były ciekawe.

Dziś Larson ma się dobrze, bryka i tyje jak na drożdżach. Za "parę kilo" idziemy na szkolenie najpierw z posłuszeństwa, a później na psa obronnego, bo Larry jest bardzo o mnie zazdrosny, co jest dla owczarków dość typowe. Z remontu zostało mi założenie krat, wymiana drzwi, kupno kilku pierdół, mebli do łazienki i wywiercenie paru dziur, które zresztą zaraz idę wiercić. Dziś podłączyłam zlewozmywak, więc powoli przestaję żyć jak zwierzę i zmywać talerze w wannie...

Moje całkowite wydatki remontowe to 2,5tys sam "czysty remont", w kolejnych 3tys zamknęłam się z wyposażeniem i meblami (sprzęty typu lodówka, kuchenka kupiłam używane, sprowadzone z Niemiec) i jakieś 2tys jeszcze przede mną. Kraty robi mi znajomy po cenach materiału, a jedynie za wymianę drzwi będę musiała zapłacić komuś z zewnątrz.

Powoli tez siadam do pisania dwóch unijnych biznesplanów wraz z firmą z Poznania specjalizującą się w dotacjach. Jeśli się uda, otworem stoi przede mną Jeremie, na którego można kupić samochód, a nawet mieszkanie...

Wszystko można, tylko trzeba to w sobie najpierw znaleźć, a właśnie same poszukiwania są najcięższe. Tylko nie jesteśmy skazani na robienie tego samemu. Tak jak dietetyk pomaga z ułożeniem i utrzymaniem diety, a trener w odzyskaniu formy i pięknego ciała, tak coach pomaga wyznaczyć w życiu cele i do nich dążyć.

Wrócę jeszcze na chwilę do cytowanej Anonimki, bo może kogoś jeszcze ten temat ciekawić. Z racji dużego tatuażu nie pracuję już przy typowej polskiej komercji, a w niszy fotograficznej i przy filmie, gdzie tatuaż dla charakteryzatora, choćby był na całej twarzy, nie stanowi większego problemu. W reklamie, gdzie tatuaże można schować pod ubraniem, ale przyznam, że rzadko mam czas jeździć na castingi do Warszawy. Polski świat fotomodelingu kręci się głównie wokół sesji bielizny, a tam od kilku ładnych lat wymagany jest, że tak to potocznie określę, silikonowy biust, którego przed czterdziestką nie zamierzam sobie robić... A co poza tym? Kontrakty, na które wyjeżdża masa dziewczyn mało znanych z reklam w babskich gazetach i internetowych sklepów z bielizną w Polsce. Głównie Chiny, Turcja, czasem Francja. Kontrakt gwarantuje 4-5tys zł na czysto miesięcznie, niewiele, bo trzeba spłacić koszta zakwaterowania, jedzenia i kierowcy plus prowizja dla agencji. Praca polega na odsiadywaniu na co najmniej dwóch castingach dziennie. Z trzymiesięcznego  wyjazdu przywozi się te 12-15tys zł. Castingi to nie jest taka złota robota, często w kolejce siedzi się po sześć i więcej godzin gapiąc w ścianę, a tak długa bezczynność jest gorsza od jakiejkolwiek pracy. Poza tym są zwykłe publikacje w prasie, za które można zgarnąć 3tys zł dniówki, tylko to się zdarza... raz na rok jeśli masz szczęście. Do tego dochodzą przeróżne chałtury, więc wyżyć owszem można było i to całkiem nieźle, ale zanim przyszedł do Polski kryzys... Pomijam oczywiście dziewczyny ze słynnej afery z udziałem córki znanego muzyka i żony innego muzyka, które dorabiały na nockach u Szejków i Radka M, które teraz między innymi reklamują bieliznę ;) To ogólnie nie jest fajny światek. Dużo propozycji od mało atrakcyjnych, majętnych Panów. Bicie się o ochłapy, komu redaktor naczelny podał rękę i przekrzykiwanie, kto ma jakie kontakty (a de facto robią sesje do znanych magazynów za free, żeby się pokazać). Zauważyłam jeszcze trzeci rodzaj "Wschodzących Gwiazd", które masowo pojawiają się wszędzie tuż po tym, jak na prywatnym koncie znanego fotografa lądują ich wspólne zdjęcia pod tytułem "ja i moje nowe kochanie". Każdy sposób jest dobry, jeśli tylko działa.

Co jeszcze w życiu robiłam? Projektowałam elewacje domów, głównie w stylu francuskich dworków, bo taka była wizja pracodawcy. Projektowałam wnętrza, dla tej samej firmy, co elewacje. Ostatnio w ramach nauki, robiłam film na podstawie projektu 3D jakiegoś pałacu dla klienta z Białorusi, który - niespodzianka - nie zapłacił. Pracowałam jako Personal Shopper i do tej poru paru moich kumpli nie kupi beze mnie nawet szalika. A zaczynałam - jak każdy - pod koniec liceum jako kelnerka i hostessa.

Dziś, jeśli akredytuję się w ICI i ICF, mogę pracować w dowolnym kraju na świecie. Jeśli finanse pozwolą, w wakacje zrobię szkołę trenerską, co razem z coachingiem i znajomością mody oraz podstawowym poczuciem estetyki da mi możliwość prowadzenia już samodzielnie warsztatów z kreacji wizerunku. Zdecydowanie w tym temacie wolę pracować z kobietami. Warsztaty samorealizacji to też moje marzenie. Lubię pomagać ludziom się rozwijać... wręcz obsesyjnie :) Bo jeśli ja dałam radę, to dlaczego inni mieliby nie dać?

POSH

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Moje gniazdko Cz.I

Sieciówka w moim laptopie złapała Fon Netię...
Jutro podpisuję umowę z Toyą i czekam z wywieszonym językiem na montera.

Dziś tylko fragmenty, bo łazienka jeszcze nie ma mebli, barek jest w rozsypce, a kącik TV prowizoryczny. Jak widać... okien też jeszcze nie dopracowałam ;)







POSH